Dla mego wnuka Mikołaja
środa, 20 stycznia 2010
ARBEIT MACHT FREI

Dla mego wnuka Mikołaj

ARBEIT MACHT FREI

Prochy pomordowanych nie przemówią

 

 

Dzień, jak co dzień.

Siedzimy sobie wygodnie w ciepłych mieszkaniach. Z kolorowych plazmowych ekranów gadające głowy próbują  przekonać do swych jedynie słusznych idei i prawd, czasami na chwilę zdenerwuje nas infantylizm jakiegoś „reprezentanta narodu”, ale po następnym łyku herbaty i zaatakowaniu nowym niusem, zapominamy.

Tego dnia na pasku u dołu ekranu w czasie popisowej plujki, kątem oka, przeżuwając następny kęs kryzysowej szynki, zauważaliśmy komunikat

- Tablica z historycznym napisem "Arbeit macht frei" znad obozowej bramy została skradziona w nocy z 17 na 18 grudnia!

Przez kilka następnych dni, pomiędzy reklamami produktu ze skrzydełkami, karmą dla psów i lekarstwem na wszystko.. przeplatały się tytuły.

- Taka kradzież nie mieści się w głowie!

- Symbol obozów koncentracyjnych!

- Barbarzyństwo, skandal, przekroczono wszelkie granic!

- To podłość!

- Prowokacja czy tylko totalna głupot!.

- Za informacje o złodziejach wyznaczono nagrody o łącznej wysokości 115 tys. zł!

- Premier Izraela rozmawia z premierem Polski!

- Honor Polski uratowany!

- Odzyskano tablicę z napisem Arbeit macht frei!

- To nie nowicjusze w złodziejskim fachu ukradli napis!

- Prezydent Lech Kaczyński pogratulował policjantom!

- Premier Donald Tusk wręczył odznaczenia!

Jakaś gazeta na zachodzie użyła zwrotu „polski obóz koncentracyjny”

- Protestujemy!

- Jest ślad szwedzki!

- Jest ślad angielski!

Słuchając medialnych gadaczy od wszystkiego, na temat tych kilkunastu kilogramów metalu odnosi się wrażenie, że symbol jest istotą samą w sobie a nie to, co ten symbol reprezentuje.

Sporadycznie jakaś stacja telewizyjna wyemituje znany archiwalny film z wyzwolenia obozu z wychudzonymi postaciami i dziećmi pokazującymi numery obozowe.

Na moment umysł nasz ogarnia smutek, ale czy ten czarno - biały obraz może przebić kolorowe niusy ociekające krwią z zmasakrowanymi ciałami ofiar ataków terrorystycznych i umierających dzieci na Haiti.

Po chwili umysł nasz jest zaabsorbowany ważniejszym tematem niż śmierć 1-1,5 miliona ludzi, wyjątkowo chłodną zimą ocieplającego się klimatu.

Kochany wnuku, zapytałem

- Z czym Ci kojarzą się słowa ARBEIT MACHT FREI?

Odpowiedziałeś jak na ucznia gimnazjum Poznańskich Łejerów przystało.

- Z napisem na bramie obozu koncentracyjnego w Auschwitz, w którym hitlerowcy mordowali w czasie ostatniej wojny Żydów, Polaków i ludzi innych narodowości…

Wiem, że nauczyciele Twojego gimnazjum dobrze nauczą Was naszej narodowej historii, ale by ARBEIT MACHT FREI nie zakodował się w Twoim umyśle, ciągle pokazywanym w mediach obrazem, dobrze odżywionych, elegancko i ciepło ubranych wycieczek przechodzących pod tym napisem w malowniczym zimowym plenerze, opowiem o cierpieniu tylko dwóch kobiet z pośród setek tysięcy.

Ciotka Wacka

Gdy Twój tata i stryj Grzegorz byli kilka lat młodsi od Ciebie, czasami odwiedzaliśmy siostrę twojej prababci, ciotkę Wackę. Mieszkała ona samotnie w skromnej kawalerce. Mówiono w rodzinie, że była wywieziona do Auschwitz z Warszawy w czasie powstania z synem i mężem.

Przeżyła obóz i Marsz Śmierci.

Nigdy tego tematu nie poruszała wydawało się, że wymazała go z pamięci. Teraz po latach, gdy analizuję szczegóły tych spotkań uświadamiam sobie, jakiego cierpienia doświadczała, co dnia aż do śmierci.

W kawalerce naprzeciw okna stała wersalka, na której siadaliśmy w czasie wizyty Twój tata i stryj dostawali jakieś słodycze. Ciotka Wacka klękała na krześle naprzeciw opierając łokcie na stole. Siedzenie sprawiało jej ból spowodowany obozowymi urazami.    Co chwilę unosiła wzrok z radosnych dziecięcy zachowań braci na ścianę nad wersalką gdzie wisiało wyblakłe lekko pożółkłe zdjęcie szczupłego chłopca w Twoim wieku. Wzrok jej mętniał i nerwowo zapalała następnego papierosa.

To dla niego przetrwała Auschwitz.

To dla niego przetrwała Marsz Śmierci

Nie doczekała się jego powrotu.

Nie doczekała się powrotu męża.

Nie doczekała się młodzieńczej radości dorastania Włodka.

Pozostała tylko wyblakła fotografia pieszczona wzrokiem do bólu przez lata.

Pozostał tylko przy imieniu i nazwisku zapis w obozowej dokumentacji:

ur.19.11.1928, numer obozowy:191562, zawód: uczeń, uwagi: przen. 1944 do KL Natzweiler

Co Anglicy wiedzą.

W latach siedemdziesiątych w starym żeglarskim pubie w Ullapool nad Loch Broom w Szkocji, delektujemy się piwem Tartan prowadząc rozmowę, przy wydatnej pomocy II oficera (dobrze znał angielski), z siedzącym obok małżeństwem angielskim. Wiedzą o hitlerowskich obozach koncentracyjnych.

- Siostra mojej teściowej była w Auschwitz i straciła tam syna i męża – mówię.

- To twoja żona jest Żydówką?

- Nie. Jest Polką. Dlaczego tak sądzisz?

- No, bo w hitlerowskich obozach koncentracyjnych mordowano tylko Żydów.

Są zdziwieni, gdy wyjaśniamy, że obozach koncentracyjnych ginęli nie tylko Żydzi.

 

Spotkanie klasowe w Kołobrzegu

W pierwszej dekadzie września minionego roku w piękne jeszcze dnie kończącego się sezonu w Kołobrzegu, maturzyści z roku 1965 jednego z Warmińskich miasteczek wyznaczyli spotkanie klasowe.

Oprócz przepisanych na taką okazję stałych „punktów programu” zostaliśmy przyjęci przez wiceprzewodniczącego Rady Powiatu Antoniego Szarmacha i radnego miasta Henryka Placaka we wspaniałym historycznym gabinecie Pani Przewodniczącej Rady Miasta. W porcie dyrektor Artur Lijewski, barwnie opowiedział o kołobrzeskim porcie. Oczywiście by dopełnić przeżyć, płyniemy stylowym jachtem motorowym Pegasus One na kołobrzeski zachód słońca.

Słońce skryło się za pierwszymi przedjesiennymi chmurami.

Nie będzie zachodu?

Słońce widząc nasze niepocieszone miny na kilka minut rozchyliło chmurzaste niebo, byśmy mogli doświadczyć niesamowitości kołobrzeskiego zachodu słońca na morzu.

Wracamy.

Powoli zapalają się portowe światła. Wpływamy w pełnej iluminacji portowej dzielnicy. Wysiadamy przy latarni morskiej. Wieczorny spacer aż w okolice Arka Medical Spa gdzie jesteśmy zakwaterowani.

- Jeszcze zajdziemy do lapidarium żydowskiego, o którym mówiono w ratuszu – proponuję.

 

Koleżanka Lila czyta treść napisu informacyjnego.

- Przeczytaj ten napis niżej - ktoś powiedział.

- Jestem Polką i nie znam hebrajskiego, ale mój stosunek do ofiar holokaustu, w ostatnich latach, nabrał nowego znaczenia.

Umieranie Ester.

Przez kilka miesięcy opiekowałam się w Nowym Jorku schorowaną starą kobietą Ester – rozpoczęła Lila swą opowieść.

Ester pochodziła z rodziny polskich Żydów mieszkających od pokoleń w Chrzanowie. Jako jedna z niewielu w rodzinie przetrwała czas hitlerowskich mordów. Po różnych kolejach losu zamieszkała w Nowym Jorku, gdzie w ostatnich miesiącach życia była pod moją opieką.

Po pierwszych dniach wspólnego przebywania chciałam zrezygnować z opieki. Byłam wyzywana w różnych języka, po chwili traktowana z serdecznością i miłością by znowu z lękiem i przestrachem.

W końcu zrozumiałam. To nie był stosunek do mnie.

Tak jak człowiek po latach wraca do miłych wspomnień z dzieciństwa i młodości, nasze spotkanie klasowe, tak schorowany i udręczony umysł Ester urzeczywistniał tu i teraz jej dawne przeżycia.

Ja to nie byłam ja. Byłam, w jej świadomości, przez moment jej ukochaną matką, która przerażona patrzyła na swe głodujące w ukryciu dzieci, to znowu stawałam się serdeczną koleżanką z sąsiedztwa, która z całą rodziną została zamordowana w Auschwitz po chwili stawałam się okrutnym SS-manem, który mógł w każdej chwili znaleźć ich kryjówkę.

Ester nie przeżywała wspomnień, lecz to była przeżywana, co dnia okrutna rzeczywistość.

Ester zmarła. Pogrzeb. Przypomnienie życiorysu zmarłej.

- Za moją opiekę zostałam w szczególny sposób uhonorowana – kończy Lila swą opowieść.

- Publicznie podziękowano wyrażające wdzięczność za moją opiekę nad zmarłą. Każdy z uczestników pogrzebu osobiście z serdeczną sympatią dziękował i interesował się moją osobą. Czułam się jak gdybym była najważniejszą osobą a nie zmarła Ester.

Lila skończyła. Moment cisza w parku byłego żydowskiego cmentarza. Jak mało wiemy o kulturze i zwyczajach żydowskiego narodu.

Wiemy, że pamięć zmarłych czci się kamykami położonymi na nagrobkach, co czynimy. Opuszczamy lapidarium.

Sezon trwa, muzyka gra.

Jesteśmy na promenadzie uzdrowiskowej. Z dyskotek, restauracji i kawiarń dobiega muzyka i gwar bawiących się. Kolorowe światła przebiją się poprzez park. Idziemy cicho rozmawiając, myśli nasze krążą daleko, po za tym radosnym Kołobrzegiem. By dopełnić nasze przeżycia, chyba za przyczyną duchów zmarłych z żydowskiego cmentarza, słychać cichą smutną melodię graną na skrzypcach. Narasta. Mijamy samotnego skrzypka muzykującego w półcieniach parkowych drzew.

Kochany wnuku teraz powinienem wysnuć z tego, co napisałem jakąś refleksję, morał, pouczenie lub wniosek.

Myślę jednak, że nie muszę tego robić, bo wiem, że zrobisz to sam.

Edward Bernatowicz

06:28, edward.bernatowicz , Rocznice narodowe
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 września 2009
Syberyjski obóz przetrwania lub śmierci

Dla mego wnuka Mikołaja

Gdy zobaczyłeś urywek serialu „Czterej pancerni i pies”, zapytałeś: „Dziadku, jak i dlaczego Janek Kos trafił na ten syberyjski obóz przetrwania?”.

Kochany wnuku, jedynym grzechem i przestępstwem tysięcy naszych rodaków, którzy cierpieli i umierali w syberyjskich „obozach przetrwania lub śmierci”, było to, że urodzili się Polakami. Prawie w każdej historii rodzin pochodzących z Kresów Wschodnich i Wileńszczyzny możemy spotkać osoby doświadczone tym przejawem „przyjaźni radzieckiej”.

Wśród pól malowanych zbożem rozmaitym...

W Trockim powiecie w parafii Kozakiszki, wśród mickiewiczowskich, wańkowiczowski i miłoszowych pól, lasów i jezior leżały obok siebie dwa nieduże folwarki: Zelwie i Oleniszki. Gospodarzyło tam dwóch szwagrów Wincentych. Już w szesnastym wieku, jak wskazują źródła pisane, ich polscy przodkowie gospodarzyli na tych terenach. Wojenne zawieruchy od wieków doświadczały mieszkańców tych ziem. Walczyli i umierali, gdy przetaczał się front kryli po lasach swoje rodziny i dobytek. Wiatr rozwiewał dymy pożarów, a ciała zmarłych przykrywała ziemia przykościelnego cmentarza. Odbudowywali swe domostwa i dalej wrastali w tą ziemie. W czasie wojen, przed obrazem Matki Boskiej Kozakiskiej, modlili się o przetrwanie, a po wojnach dziękowali za ocalenie i prosili o spokój zmarłych.

Czerwona apokalipsa.

Pokoleniu Wincentych w wyrokach historii pisane było przetrwać kataklizmy I wojny światowej, wojny polsko-bolszewickiej i II wojny światowej. Każda armia wkraczająca na te ziemie niosła ze sobą prawa i bezprawia wojenne. Były one od wieków podobne: kontrybucje, rabunek i przypadkowa śmierć. Znali je i starali się przetrwać i chronić swoje rodziny. Od rewolucji październikowej, ( tak naprawdę listopadowej, już w samej dacie tkwi rodowód propagandy kłamstw i mataczenia), do przekleństw wojny doszło najstraszniejsze: wyrwanie z tej ziemi i wywózka na Syberię. Pierwsze przejawy tej „przyjaźni” radzieckiej były w roku 1940. Wojna dwóch przyjaciół - Stalina i Hitlera przerwała ten proceder. Po zakończeniu II wojny światowej Polacy nie wiedzą o tym, że syberyjski żołądek czerwonej bestii jest nienasycony. „Car” Stalin, który z Leninem przemalował carskiego potwora w czerwoną bestię, daje do pożarcia nawet własne jej dzieci.

Gościnna ziemia warmińska.

Rok 1945. Pojawia się słowo „repatriacja” do Polski na „Ziemie Odzyskane”. Szwagrowie targani są pytaniami i lękami. Jaka repatriacja? Przecież to jest ich Polska od pradziejów. Pozostawić dorobek pokoleń? Jechać w nieznane? Z drugiej strony dochodzą wieści o „sprawiedliwości społecznej” w Rosji sowieckiej. Obaj zgłaszają w urzędzie chęć wyjazdu swych rodzin, lecz decyzji jeszcze nie podejmują. Jeden z nich jedzie do Wilna, na kolanach obchodzi ołtarz Matki Boskiej w Ostrej Bramie. Wraca. Podejmuje wraz z rodziną decyzję. Wjeżdżamy. Ładuje na sanie pół świniaka i bańkę samogonu. Jedzie do Trok. Sowiecki urzędnik po otrzymaniu „popitki” i „zakuski” wydaje zezwolenia na wyjazd całej bliższej i dalszej rodziny. Przed Wielkanocą 1946 roku żona Jadwiga pakuje w najlepszy obrus kopię obrazu Matki Boskiej Kozakiskiej, który strzegł rodzinę od pokoleń oraz pozostałe pamiątki. Wincenty ładuje inwentarz do wagonów. Za dwa dni docierają na Warmię.

Obława na polskich kułaków.

Drugi Wincenty również podejmuje decyzję. Pozostaje. Nie pojadą w nieznane. Liczą, że skończyły się wywózki i dalej będą żyli na ziemi swych przodków. Odjechał ostatni transport repatriantów. Zamknęła się granica z Polską. Czerwona bestia znowu czknęła. Ruszyły transporty ludzkiego mięsa, by ponownie napełnić jej syberyjski nienasycony żołądek. Towarzysze komisarze w swych rejonowych urzędach otrzymali plany ilości ludzi do wywózki na Syberię ( chyba to były jedyne plany wykonane i przekroczone w ciągu istnienia tego komunistycznego państwa). Wincenty wraz z rodziną jako Polak i „kułak” znalazł się na liście do wywózki. W opisie jego kułactwa pomogli sowieckim służbom bezpieczeństwa, rosyjscy „bieżeńcy”, w dowód „wdzięczności”, że przygarnął i pomógł przetrwać im w czasie okupacji niemieckiej. Dobrzy ludzie uprzedzili, że są na liście do wywózki. Przez dwa lata wraz z rodziną był przygotowany na najgorsze, ukrywał się u krewnych i znajomych. Liczył na przetrwanie. Pewnej nocy czerwone wilki wytropiły i dopadły. Dwie godziny na spakowanie tego, co można wziąć w ręce. Ojciec, matka, pięcio- i siedmioletnie córki i piętnastoletni syn zostali zapakowani do pociągu.

Pociągi „przyjaźni polsko-radzieckiej”.

Często się mówi „załadowano do bydlęcych wagonów”. Jakże mylne jest te określenie. Transport bydła w owym czasie był luksusem w porównaniu z transportem zesłańców. Dla władzy sowieckiej zwierzęta miały większą wartość niż ludzie. Tygodniami dziesiątki transportów płyną na bezkresną Syberię. Brak wody i żywności. Transport czasami zatrzymuje się. „Opiekunowie” z gwiazdami na czapce pozwalają na zaopatrzenie się w wodę z płynącego rowu-strumienia. Skazańcy nie wiedzą, że jest to woda przemysłowa z pobliskiej huty. Chorują, niektórzy umierają. Oprawcy śmieją się z zrobionego „dowcipu”. W mroźny syberyjski wieczór transport dociera do celu. W szczerym polu nieduży budynek stacji kolejowej. Opróżniony pociąg odjeżdża. Muszą czekać do rana. W pomieszczeniach na stacji mieszczą się tylko kobiety i dzieci. Mężczyźni śpią na zewnątrz. Ciało przy ciele, przykryci tym, co mają. Ci, którzy spali na obrzeżach już się nie budzą. Czterdziestostopniowy mróz zrobił swoje. Pozbawieni są nawet prawa do rozpaczy. Łzy zamarzają na twarzy.

 

Syberyjski targ niewolników.

O świcie zjawiają się „rukawditieli” oddalonych o dziesiątki kilometrów kołchozów i sowchozów. Rozpoczyna się „targ niewolników”. Rodzina Wincentego, która w komplecie dotarła, została przydzielona do wyrębu tajgi i spławiania drewna Jenisejem. Mała wioska w tajdze. Ludzie różnej narodowości, tacy sami zesłańcy jak oni. Mają „szczęście” - za rodzinne kosztowności, które udało się zaszyte w ubraniu przewieźć, otrzymują jednoizbową chatę. Ci, którzy trafili tu pierwsi musieli sami kopać sobie ziemianki, a później budować chaty. Praca w tajdze jest ciężka. Zimą ręcznymi piłami zwala się potężne drzewa, następnie oczyszczone z gałęzi, wołami ściąga się na wysoką skarpę nad zamarzniętą rzekę. Toczą się ze wzniesienia tworząc na lodzie potężny, bezładny stos. Piętnastoletni Mietek musi iść do pracy zgodnie z zasadą „kto nie rabotajet ten nie kuszajet”. Tworzy parę przy piłowaniu z starszą o trzy lata, Ukrainką Olą. Nie daje rady. Wprawiona od lat do ciężkiej pracy dziewczyna chroni go, główny wysiłek biorąc na siebie. Wincenty za ślubną obrączkę załatwia u „rukawoditiela” dla Mietka pracę poganiacza wołów. Tę pracę jest w stanie wykonać.

Bezduszna rzeka.

Wiosną, gdy lody puszczają, następuje spławianie przygotowanego zimą drewna. Potężny Jenisej miesza klocami jak zapałkami. U dołu rzeki tworzone są tratwy do dalszego spławiania. Czasem pnie ustawiają się w poprzek rzeki, tworząc zator. Zadaniem Mietka i dwudziestoletniego Niemca, Gerarda, jest przywrócenie ruchu. Skacząc po chwiejnych pniach muszą dobiec do blokującego drzewa, bosakami przepchać i wrócić na brzeg nim całość ruszy. Jeden zator zlikwidowany. Drugi jest dość oporny. W dwójkę pchają oporny kloc. Ruszył. Uciekają. Mietek na brzegu. Gerard dwa metry od bezpiecznego miejsca potknął się i wpadł do wody. Płynące pnie pozbawiły go ratunku. Po miesiącu rzeka zwróciła ciało Gerarda.

Rok 1956

Warmia. Za oknami warmińsko-mazurska śnieżna zawierucha. Dom pogrążony we śnie. Stukanie do drzwi. Wincenty otwiera. Budzi się cała rodzina. Goście ubrani w kożuchy walonki i futrzane syberyjskie czapy w rękach pakunki i drewniane kuferki. „No szwagier, dzięki Bogu znowu jesteśmy razem”. Powitania. Płacz i radość.

 

Kochany Wnuku, gdybyś zapytał:

„Dlaczego telewizja wyświetla takie nieprawdziwe filmy o naszej historii?”

odpowiedziałbym:

Może taka jest wola „grupy trzymającej władzę.

Edward Bernatowicz

edward.bernatowicz@wp.pl

p.s. W tekście uwzględniłem fakty z syberyjskiego życia rodzin Raczelis i Roda.

 

17:06, edward.bernatowicz , Rocznice narodowe
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 grudnia 2005
Polskie świnie stanu wojennego.

W naszym kalendarzu narodowym jest data 13 grudnia 1981 roku, zapisana WRONio czarnym atramentem. Co roku w rocznicę tej daty wzmagają się dyskusje, oceny i konkluzje. Gadające głowy w telewizorach w zależności, od kogo są „niezależne” uzasadniają lub krytykują, gloryfikują bohaterów tych czasów lub starają się umniejszyć ich zasługi. Tworzą własne prawdy historyczne. Roztaczają wizje, co by było gdyby było.

Kochany wnuku, mam nadzieję, że Twoje pokolenie będzie w stanie obiektywnie ocenić te czasy i zweryfikować prawdziwych i fałszywych bohaterów.

W tych rozważaniach pomijany jest jeden bardzo ważny „bohater zbiorowy”, który odegrał nieocenioną rolę w przetrwaniu naszego narodu – polska świnia.

Wspaniałomyślna władza.

W sierpniu pamiętnego roku osiemdziesiątego ruszyła lawina ludzkich kamyków zmieniając historię narodów. Zagrożony totalitaryzm robił wszystko, by udowodnić, że polski naród bez jego „opiekuńczej” roli zginie z głodu. Jednym z instrumentów realizującym ten cel był system kartkowy. Ta forma dystrybucji żywności, jak wykazuje historia, spełnia dwa zadania. Pierwszym zadaniem jest możliwość „sprawiedliwego” nabycia towarów, szczególnie żywności, w ciężkich okresach narodów i państw (wojny, kataklizmy, rewolucje itp.). Drugi, ukryty cel, to forma sprawowania władzy nad społeczeństwem pozbawionym godności. Dyktatury i totalitaryzm wszelkiej maści chętnie tę metodę stosowały. W ostatnim roku wojny, gdy miasta niemieckie płonęły po nalotach alianckich i prawie każdy Niemiec widział nieuchronną klęskę, przydzielone dodatkowo kartki na czekoladę z okazji imienin Hitlera wywołały masowe uczucia sympatii do „dobroci” wodza. „Atawizmem” tej metody są obecnie tak zwane talony świąteczne. Zamiast godziwego wynagrodzenia otrzymujemy przed świętami dodatkowe kartki głównie do marketów, które robią na tym „niezłą kasę”. Puszą się dyrektorzy, szczególnie „budżetówki”, swą dobrocią dla ludzi pracy, a my konsumując wigilijną wieczerzę powinniśmy chwalić wspaniałomyślność władzy.

Polska świnia.

Szyki w realizacji ukrytego celu kartkowego „władzy ludowej” pokrzyżował nasz niedoceniany bohater – świnia. To zwierze traktowane z pogardą przez izraelitów i wyznawców Allacha, zaczęło się gnieździć w szopach, działkach i obórkach. Żywiło się, czym się dało. Stałym widokiem w miastach były beczki i bańki na zlewki. Stołówki zakładowe, szkolne i wojskowe „specjalizowały” się w produkcji tego artykułu. Często jakość posiłków była taka, że zlewek było więcej niż wydanych posiłków. Nasze świnki rosły i obrastały boczkiem i schabem i na przekór władzy poza oficjalnym obiegiem trafiały na stoły zgłodniałego narodu. Władza wszelkimi sposobami próbowała te antyustrojowe działania zwalczać. Najbardziej restrykcyjne metody w stosunku do biednej świni stosowano w okresie stanu wojennego.

Świńska przygoda szwagrów.

Przepełnieni lękiem o wyżywienie rodzin w czasie Świąt Bożego Narodzenia 1981 roku i widmem kolejek w sklepach mięsnych, wysupławszy wszystkie oszczędności podjęliśmy ze szwagrem Władkiem decyzję. Kupujemy na spółkę świniaka! „Wytropiliśmy” na ulicy Obozowej szopę, w której owi osobnicy karmieni zlewkami osiągnęli pożądaną wagę i wygląd. 11 grudnia w piątek przeprowadziliśmy negocjacje z właścicielem. Uzgodniliśmy cenę. Ustaliśmy. Zgłosimy się 13 grudnia o godzinie ósmej. Zapłacimy. Właściciel pozbawi zwierzę życia. Przewieziemy dwie ulice dalej gdzie w ogródku i domu matki i teściowej, zamienimy świnkę w smaczne szynki i wędzone kiełbasy świąteczne.

Pamiętny 13 grudzień 1981 roku.

Budzę się. Włączam radio. Dziwna muzyka. Po chwili głos tego, który zrobił to, co zrobił z narodem. Poczułem jak większość Polaków przerażenie i lęk o rodzinę. Co ze świnią? Decyzja. Trzeba realizować świńską akcję. Żona odradza. Z ulicy Grochowskiej muszę dotrzeć na ulicę 1 maja, około dwóch kilometrów, przekonać szwagra i dalej do Radzikowa na Obozową, następne dwa kilometry. Świta. Przemykam się ulicami. Z koszar na Mazowieckiej i Jedności ciągną kolumny samochodów pancernych i czołgów na bocznicę przy ulicy Ogrodowej. Tak, jak w grudniu roku 1970 kołobrzeskie jednostki „obstawiają” Trójmiasto. Poza wojskiem miasto puste. Gdzieś daleko odgłos jakby krótkiej serii karabinowej. Mijam łączników w hełmach z karabinami na plecach. Biegną do mieszkań oficerów z wezwaniami do stawienia się w trybie alarmowym w jednostkach.

Kochanka Jerzego.

Nieżyjący nauczyciel, oficer rezerwy, kolega Jurek Szulc. Wspominał.

- Nad ranem stukanie do drzwi. Zaspany w piżamie otwieram. W drzwiach łącznik z „kwitem” w ręku. Błyskawiczne zorientowałem się. Wcielą mnie do wojska. Pada pytanie:

-         - Czy to mieszkanie obywatel Jerzego Szulca.?

-         - Tak.

-         - Proszę podpisać!

-         – Ale ja nie jestem Jerzy Szulc.

-         – To, kim pan jest?

-         – Ciszej, bo sąsiedzi usłyszą. Jerzy Szulc. wyjechał na delegację, a ma wartą grzechu żonę, rozumiecie żołnierzu.

Męska solidarność rozwiała dalsze wątpliwości łącznika.

Akcja świniobicie.

Przekonuję szwagra udajemy się na Obozową z dwukołowym wózkiem. Omawiamy strategię. Po dwóch godzinach zjawia się właściciel. Mówi o stanie wojennym i o wycofaniu się z transakcji. Udajemy, że nic o tym nie wiemy. Staramy się przekonać.

- Jeżeli jest stan wojenny, jak Pan mówi, to powinien Pan jak najszybciej sprzedać, bo przyjedzie milicja i zarekwiruje wszystkie świnie.

Transakcja dochodzi do skutku. Płacimy. Były właściciel fachowo pozbawia świnię życia. Ładujemy na wózek i przykrywamy kocem. W ręku wiaderko z krwią na kaszankę. Jeszcze tylko trzydzieści metrów Obozową, skręt w lewo i jesteśmy prawie na miejscu. Krew kapie z wózka na asfalt. Nagle przerażenie! Na wprost nas zbliża się „suka” milicyjna (samochód Nysa z napisem MO). Jak się zatrzyma to: świniak przepada, błyskawiczne kolegium z karą równą trzykrotne pobory i wywieszenie nazwiska do publicznej wiadomości w gablocie miasta, jako wroga ustroju i spekulanta. Samochód zbliżył się. Przyhamował. Z nieznanych do dziś powodów kierowca nacisnął na gaz i pojechał dalej. Być może był to dawny uczeń któremu nie postawiłem dwójki. Może musieli kogoś internować.  Bez dalszych przygód dotarliśmy na miejsce. Obecnie, gdybym wiedział kim był, z przyjemnością postawiłbym kierowcy dobre piwo wraz z golonką.

Świńskie migawki.

- Jeden z mieszkańców Kołobrzegu nie miał tyle szczęścia, co my. Złapany na rogatkach miasta w trybie natychmiastowym został postawiony przed sądem. Doprowadzony do ostateczności zaczął ciskać w sędziego kamieniami i rzucił się na niego z nożem. Ten bunt przeciw niesprawiedliwości został potraktowany przewiezieniem siłą do zakładu psychiatrycznego.

- Przed świętami babcia Elżbieta wraz z sąsiadem wiozą „maluchem” świniaka, wystaje tylko ryj. Zatrzymuje milicja. Szybka decyzja. Kierowca kapeluszem przykrywa widoczną część tego wroga władzy ludowej.

- Sympatyczna redaktor Ewa wspomina, jak będąc małym dzieckiem szmuglowała z rodzicami, na sankach rąbankę, zostanie to w jej pamięci na całe życie.

- Patrol ZOMO zatrzymuje samochód do kontroli. Na tylnym siedzeniu leży przykryty świniak.

- Co tam wieziecie obywatelu? – Pada pytanie.

- Chorego. Na,... na. Świnkę – desperacko odpowiada kontrolowany.

 - No patrz Franek jak ten naród się ześwinił, nawet tak śmierdzą. Widzisz co za społeczeństwo musimy chrońić.  

Prawie każda rodzina polska ma związane z tym zwierzęciem jakieś nietypowe wspomnienia.

Refleksja

Rzym jest wdzięczny gęsiom kapitolińskim za uratowanie miasta. Amerykanie stawiają pomniki indykom. A jaki my mamy stosunek do naszych polskich świń stanu wojennego?

 

Edward Bernatowicz

 

p.s

Polska świnia nadal jest groźna dla rządów niedemokratycznych. Świadczy o tym zakaz eksportu do Rosji.

11:54, edward.bernatowicz , Rocznice narodowe
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 17 października 2005
NIM POWRÓCIŁA RZECZYPOSPOLITA

 

Kochany wnuku, był taki czas, kiedy nasza Rzeczpospolita Polska o rodowodzie sięgającym Piastów i pieczętująca się orłem w koronie musiała ukrywać się w sercach, umysłach, pamięci Polaków i w szufladach historii. Jej miejsce zajął bękart „przyjaźni radzieckiej”. Ubrany w szaty Polski Ludowej roztoczył swe macki na całą naszą Ojczyzną. Biało-czerwoną starał się zastąpić czerwienią, Mazurka Dąbrowskiego – międzynarodówką, orła pozbawił korony, zadekretował w konstytucji swoją „wieczną przyjaźń”, Święto Niepodległości - 11 listopada - zastąpił rocznicą rewolucji październikowej. Każda wieś i każde miasto czuło jego totalitarny oddech zwany internacjonalizmem proletariackim. Mieszkańcy Kołobrzegu w szczególny sposób, każdego dnia, odczuwali obecność „wielkiego brata”. W Bagiczu w dowód „przyjaźni”, zagnieździły się śmiercionośne stalowe ptaki z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach.

Spadające „czerwone gwiazdy”.

Dzień w dzień, noc w noc nad miastem, równolegle do plaży, z piekielnym hukiem, uzbrojone,  w pociski jądrowe, podchodziły do lądowania na lotnisko. Brzęczały szyby w oknach, rozmowy ginęły w hałasie, pękały ściany w domach.

Jesień roku 1978. Pierwsi mieszkańcy osiedla Radzikowo III (ul Zbowidowców) pogrążeni we śnie. Potężne uderzenie o ziemię zatrzęsło domami i wyrwało ludzi ze snu. Wybiegli z domów. Po przeciwnej stronie ulicy Grzybowskiej (obecnie w okolicy ulicy Perłowej i Błękitnej) w potężnym, dymiącym leju szczątki samolotu. Po kilkunastu minutach przybyłe z Bagicza oddziały otoczył teren. Reflektory. W ciągu nocy wyzbierano wszystkie kawałki. Po dwóch dniach teren wyrównano. Mało kto wiedział w Kołobrzegu o tym wypadku. Po kilkunastu dniach przedstawiciele władz politycznych i administracyjnych organizują spotkanie z uratowanym pilotem i dowództwem jednostki. Dziękują, że samolot nie spadł na miasto.(?)

Pytania, pytania, pytania...

Lotnisko było otoczone ze wszystkich stron potężnymi radarami i systemami radiolokacyjnymi. Obracały się w koło, siejąc promieniami wołały „ Cały świat będzie mój.” Znajomy, nieżyjący już ginekolog kiedyś przy lampce wina zwierzył się, że niepokoi go zwiększona statystyka poronień i problemów z ciążą wśród kobiet zamieszkujących okolice lotniska – Sianorzędy, Kądzielno. Oczywiście w owym czasie nie mógł drążyć tego tematu. Zwolennicy czarnego humoru  twierdzą, że aby dokonać prześwietlenia rentgenowskiego pacjenta należy go postawić między dwoma mieszkańcami osiedla Podczele.

„Pielgrzymki” do Bagicza.

Większość mieszkańców chciała mięć znajomych wśród mieszkańców garnizonu Bagicz. Fundamentem tej „przyjaźni” był sklep, w którym, można było kupić bez kartek „nawet” cukierki czekoladowe. Aktywność, w manifestowaniu przyjaźni polsko-radzieckiej osiągała apogeum co roku przed 7 listopada w rocznicę rewolucji bolszewickiej(musiała być pisana dużymi literami z przymiotnikiem wielka). Szkolne Koła „Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej” tapetowały ściany gazetami z dominującą postacią Lenina z jedną ręką w kieszeni jakby trzymał w niej pistolet, drugą ręką wskazującą „świetlaną przyszłość”. W mieście dominowały czerwone szturmówki a zamiast reklam, (bo nie było, co reklamować) czerwone transparenty. Szkoły przygotowywały okolicznościowe akademie, a niektóre miały nawet „zaszczyt” swoje programy reprezentować w Bagiczu. Koleżanka Jadzia miała okazję przygotowywać i uczestniczyć w takiej imprezie. Po występach młodzieży została, wraz z dyrektorem, zaproszona przez dowódcę na „poczęstunek” w klubie oficerskim. Na stole stała miska z bliżej nieokreśloną potrawą leżały dwie łyżki i kilka widelców. Kilka szklanek i bateria butelek wódki „MASKOWSKA”. Domyśliła się, że łyżki przypisane są dla dyrektora i dowódcy a widelcami mogą korzystać z „zakuski” pozostali współbiesiadnicy. Ponieważ nasza koleżanka wolała wino od wódki i używała kieliszka do tego trunku. Nieśmiało porosiła o to. Z winem nie było kłopotów, natomiast problemem było zdobycie kieliszka. Radziecki żołnierz alkohol odmierzał na szklanki.

Biznes „przyjaźni”.

Dziwiło mnie zjawisko dużego zainteresowania młodzieży Technikum Rybołówstwa Morskiego działalnością w TPPR, chęcią wyjazdu do Bagicza i spotkań z żołnierzami radzieckich wojsk okupacyjnych. Ci młodzi myślący ludzie, pływając po świecie w czasie praktyk, widzieli jak wygląda życie w wolnych krajach a ciągnęło do prymitywizmu sowieckiego. Byłem pewny, że istniała jakaś tajemna prawda. Gdy pływałem na Arciszewskim tajemnicę tą zdradził mi jeden z absolwentów.

 „Profesorze, sprawa jest prosta. Pływając w czasie praktyk na zachód kupowaliśmy tam karty pornograficzne i „świerszczyki”. Przemycaliśmy do kraju. W Bagiczu sprzedawaliśmy z dużym zyskiem.”

Rok 1992.

Geniera Walesa, jak go nazywali sołdaty z Bagicza, pozbawił „konstytucyjnych” przyjaciół prawa pobytu na Ziemi Polskiej. Kto żyw w Kołobrzegu ciągnął do Bagicza robić interesy, można było niedrogo kupić wszystko, co posiadały rodziny oficerów. Jeden z mieszkańców naszego miasta postanowił kupić pralkę automatyczną. Pojechał pod bramę i stojącemu tam wartownikowi próbował wyjaśnić, o co mu chodzi.

„Panimaju. Awtamat. Padażdi.”

 Wrócił po chwili przynosząc zawinięty w szmaty automat ...Kałasznikowa.

Refleksja dnia dzisiejszego.

Jak pokazuje historia, poczynając od cara Iwana Groźnego, Rosja dążyła do podporządkowania sobie jak najwięcej narodów i państw. Zgodnie z prawem, jakiejś diablej dialektyki, potwór ten przepoczwarza się co pewien czas w wyższą i skuteczniejszą formę dominacji. Komunizm był jednym z takich etapów. W co się przepoczwarza obecnie?

Kochany wnuku, Rzeczpospolita Polska powróciła. Orzeł ma koronę. Powróciły jej święta. Kołobrzeskie niebo jest czyste. Bagicz jest polskim Podczelem. Cukierki czekoladowe można kupić w sklepach bez problemów. Tylko, dlaczego w święta III Rzeczypospolitej ulice, domy naszego miasta są tak mizernie przystrojone w biało-czerwone flagi? Może 11 listopada 2003 roku będzie lepiej?

Edward Bernatowicz

edward.bernatowicz@wp.pl

 

21:10, edward.bernatowicz , Rocznice narodowe
Link Komentarze (1) »